| Apostolaty | Duchowość | Aktualności | Informacje Ogólne | ||
![]() |
||
| Informacje ogólne | Pielgrzymi | Opis trasy | Kościoły na szlaku | Inne | | ||
Przedstawiamy służby WAPM Dla idących w pielgrzymce jest rzeczą zupełnie naturalną, że najpierw trzeba się zapisać. Pielgrzym dostaje znaczek, kartę pielgrzyma i program duchowy. I wystarczy już tylko przyjść 5 sierpnia na Mszę św. na godz. 5.30 do kościoła św. Anny, a po zakończeniu liturgii wyjść z kościoła, dołączyć do swojej grupy, która formuje się na Placu Zamkowym, i po prostu iść... I tak już dzień po dniu; pobudka o dokładnie wyznaczonej porze, wymarsz, poszczególne etapy, odpoczynki, obiad i znowu marsz... Gdzieś między tym wszystkim są rozważania poranne, konferencja, Msza św., czasem gdzieś w szczerym polu, na którym i ołtarz polowy się znalazł i komunikanty... Nikogo nie dziwi to, że nawet na końcu grupy słychać mówiącego do mikrofonu, że w ogóle jest mikrofon i głośniki, że w zasięgu wzroku powiewa flaga z czerwonym krzyżem, przy której zawsze jest ktoś z apteczką, gotowy udzielić pomocy, że na końcu kolumny pielgrzymkowej jedzie sanitarka, która podwiezie, gdy ktoś padnie i nie jest już w stanie - mimo szczerych chęci - iść dalej o własnych siłach. Po odpoczynku zostawia się sterty śmieci nie zastanawiając się, co się nimi stanie. Nikt z pielgrzymów nie ma w ręku mapy czy kompasu, idzie za innymi nie myśląc, jak skręcić na rozstaju dróg. Wieczorem dochodzi się na nocleg, do gospodarstw, gdzie na płotach wiszą już tabliczki informujące, gdzie kto nocuje. Na podwórku czeka auto z bagażami. Jeżeli komuś coś dolega, może pójść do Grupowego Punktu Medycznego albo do Centrum Medycznego, gdzie zawsze znajdzie nie tylko pielęgniarki, ale także lekarzy i samochody, które w razie potrzeby zawiozą do szpitala. W ciągu dnia "Chlebuś" oferuje pieczywo, napoje, kartki pocztowe... Nie trzeba oblegać mijanych po drodze sklepów, nie trzeba przez pół dnia nosić w plecaku ciężkiego bochenka chleba, bo wiadomo, ze wieczorem będzie go można kupić przy samochodzie bagażowym. To wszystko jest tak naturalne, że chyba niewiele jest osób, które zastanawiają się, w jaki sposób to wszystko się kręci... Niewielu jest pątników, którzy pomyślą, ile osób pracuje zarówno w ciągu roku w Warszawie, jak i później na trasie, aby pielgrzymka mogła wyjść, iść i bezpiecznie dojść na Jasną Górę. W słowniku języka polskiego pod pojęciem "służba" i "służyć" możemy znaleźć takie wyjaśnienie: służba to działanie dla jakiejś idei, poświęcanie się jakiejś sprawie, natomiast służyć to spełniać posługi lub być przeznaczonym, przydatnym do czegoś. Na pielgrzymce funkcjonują różne służby i jak sama nazwa wskazuje, działają tylko po to, by każdemu uczestnikowi tej wędrówki na Jasną Górę szło się lepiej, wygodniej i by żadne dodatkowe troski (oprócz wielkich bąbli, za ciasnych butów i zmęczenia nóg) nie zakłócały religijnego skupienia. Praca wszystkich służb pielgrzymkowych trwa przez cały rok. Dziesięć dni marszu do Cudownego Obrazu jest uwieńczeniem całorocznych przygotowań a zarazem czasem wytężonych działań. W momencie zakończenia pielgrzymki rozpoczynają się przygotowania do następnej i są kontynuowane do chwili wymarszu spod Akademickiego Kościoła Św. Anny w Warszawie rzeszy ludzi gotowych podjąć się trudu rekolekcji w drodze. Kierownik Pielgrzymki - Wódz Ks. Zygmunt Malacki, Kierownik WAPM 1985 - 1998 Najwięcej pracy ma oczywiście główny organizator WAPM Ksiądz Rektor Zygmunt Malacki zwany Kierownikiem Pielgrzymki, czasem Wodzem, a najczęściej Wujaszkiem. To Dzięki za wszystkoi jego poświęceniu i oddaniu co roku do Częstochowy wyrusza tłum ludzi w różnym wieku i o różnym wykształceniu (choć większość stanowią studenci), by odbyć rekolekcje w drodze, zanieść do Najświętszej Panienki swe troski i radości. To właśnie Wujaszek opracowuje i tworzy program duchowy, byśmy w trakcie rekolekcyjnych rozważań prowadzonych podczas drogi mogli pogłębiać naszą wiarę, wzbogacać się duchowo, a poszukujący i wątpiący mogli na nowo poznawać Ewangelię Chrystusa. Ksiądz Rektor, tak jak wszystkie służby, pracuje nad organizacją kolejnej pielgrzymki zanim skończy się poprzednia. Parę miesięcy przed jej rozpoczęciem wyjeżdża wraz z szefami niektórych służb w tak zwany objazd, by poznać trasę, zastanowić się nad możliwościami przejścia wszystkich grup różnymi drogami, miejscami postojów, obiadów i noclegów, lecz przede wszystkim aby przywitać się z gospodarzami mijanych przez nas parafii. W trakcie trwania wędrówki na Jasną Górę kontroluje pracę wszystkich, czuwa nad sprawnością działań i wysuwa wnioski, co można poprawić, by w następnym roku było lepiej. Zapisy Jest to taka służba pielgrzymkowa, z którą każdy pielgrzym musi się spotkać. Od strony organizacyjnej zajmuje się nią siostra Anna Borkowska - Szefowa Zapisów. Największe zadanie mają do wykonania na parę dni przed rozpoczęciem pielgrzymki. Od 1 do 4 sierpnia młodzi, chętni do pracy ludzie zasiadają za stołami w krużgankach Rektoratu, aby przywitać i przyjąć wszystkich chętnych do udziału w naszych "rekolekcjach w drodze". Wpis pielgrzyma na listę danej grupy to nie tylko konieczność polegająca na spisaniu danych, przyjęciu wpisowego, wydaniu znaczka, programu duchowego i rozkładu trasy przez zapisującego. Każdy z tej służby jest też odpowiedzialny za atmosferę, która towarzyszy tej chwili. Zapisanie się na pielgrzymkę jest formalnością, a przede wszystkim swoistą inicjacją, momentem, w którym każdy pątnik świadomie i odpowiedzialnie przyjmuje duchowy trud pielgrzymowania. Zapisy trwają przez 4 dni od rana, od godz. 9 do 20, ale w ciągu ostatnich lat, szczególnie ostatniego dnia, czyli 4 sierpnia, przeciągają się do późnego wieczora. Siostra Ania ze stoickim spokojem każdego roku przygotowuje różnego rodzaju zeszyty i tabele, które ułatwiają pracę zapisującym, a także każdego dnia z uśmiechem na twarzy odpowiada na wszystkie pytania, nawet te najbardziej prozaiczne. Trzyma żelazną ręką wszystkich zapisujących, którym należy się specjalne podziękowanie za to, iż często cały dzień "tkwią na posterunku" rozmawiając z pielgrzymami, udzielając informacji i zapraszając do wędrówki na Jasną Górę. Praca tej służby jest bardzo ważna, gdyż bardzo bracia i siostry z "Zapisów" odpowiedzialni są też za zbieranie wpisowego. Właśnie z tych opłat tworzone są fundusze na obsługę organizacyjną całej pielgrzymki. Pieniądze z wpisowego przeznaczane są na zakup leków i środków opatrunkowych, opłacenie kosztów transportu, dofinansowywanie obiadów na trasie pielgrzymki przez pątników oraz na zakup baterii i przedmiotów związanych z łącznością. Dużo osób dołącza do nas po drodze. Każdy, kto chce z nami iść, przyjmowany jest na trasie z radością i zaopatrywany w znaczek a także podstawowe informacje natury organizacyjnej. Dokonuje tego w trakcie pielgrzymki już sama Siostra Ania wraz ze swoimi pomocnicami - Sylwią i Renatą. Grupa Specjalna Grupa Specjalna, czyli tak zwane "Gie-Esy" jest służbą, która przede wszystkim dba o bezpieczeństwo pielgrzymów. Jest to służba typowo męska, a honory szefa pełni brat Jacek Szczerbiński, zwany czasem Szefem Szefów. Grupa ta powstała w 1984 roku, w czasach trudnych politycznie, by przede wszystkim zadbać o spokojny przemarsz pielgrzymki. Do ich zadań należało między innymi szybkie reagowanie w celu odseparowania agentów Służby Bezpieczeństwa PRL będących w tym czasie w pracy pośród grona rozmodlonych pielgrzymów. Do podstawowych i nieustających czynności tej służby należało między innymi zabezpieczanie spokoju Księdzu Rektorowi, Bazie, a przede wszystkim ochrona obiektów i przedmiotów sakralnych przed próbami profanacji. Niejako dodatkowo chłopcy z GS zajmowali się uspokajaniem zbyt podekscytowanych sytuacją polityczną Kraju pątników, którzy czasem nie umieli (bądź nie chcieli z wiadomych przyczyn) zrozumieć, że okres dziesięciu dni drogi na Jasną Górę to czas rekolekcji. Chronili odwiedzających nas biskupów i księży, a także osoby wygłaszające konferencje, o treści nie zawsze zgodnej z obowiązującą wówczas teorią bazy i nadbudowy. Pilnowali, by żadnemu "pielgrzymowi, który właśnie był w pracy" nie przyszedł do głowy pomysł zniszczenia tego, co znajdowało się na terenie mijanych parafii, na pielgrzymkowych samochodach i w plecakach pielgrzymów. W obecnych czasach rola Grupy Specjalnej bardzo się zmieniła. Można by powiedzieć, że ta służba to inaczej mówiąc siły szybkiego reagowania. Brat Jacek rozdziela zadania poszczególnym braciom ze swojej grupy ustawiając ich w trójki, by łatwiej było wykonywać prace wynikające z przynależności do grupy. A jest jej niemało. Jedni pielgrzymi lubią GS-y, inni nie, gdyż do ich zadań należy kontrolowanie pielgrzymów, czy noszą pielgrzymkowe znaczki jak należy, sprawdzają stroje, które nie powinny wyglądać jak na rajdzie, a przede wszystkim, o czym wie niewiele osób, idą na samym czele pielgrzymki, jeszcze przed Krzyżem oraz na samym końcu, daleko w tyle, by żaden pielgrzym nie został gdzieś po drodze i nie zgubił drogi. Chłopcy z GS sprawdzają również, codziennie późnym wieczorem, pola namiotowe i stodoły, czy pielgrzymi przestrzegają ciszy nocnej, która powinna zapaść o godz. 22 oraz czy przestrzegana jest zasada braku koedukacji. Jednak to jest jedynie część ich zadań. Dzięki tej służbie możemy bezpiecznie przechodzić przez przejazdy kolejowe, przekraczać trasy szybkiego ruchu oraz pokonywać wąskie mosty. Wówczas widzimy ich w odblaskowych kamizelkach, jak dzielnie stoją i walczą z nadjeżdżającym pociągiem lub samochodem ciężarowym, aby pielgrzymom nie stała się żadna krzywda. Mogą też w odpowiednim momencie zatrzymać nadchodzącą grupę lub nadjeżdżający pojazd, używając krótkofalówek. Między innymi dzięki tym cudom techniki możemy bezpiecznie pokonywać dzielące nas od celu kilometry. "Co komu w duszy gra" czyli rzecz o przewodnikach trasy Jest wiele powodów, dla których rokrocznie tysiące ludzi podąża na Jasną Górę. Jedni o coś proszą, inni za coś przepraszają, jeszcze inni dziękują lub po prostu wielbią Boga. Ale na pewno wszyscy się modlą. Rozpoczynając pielgrzymkę, wychodzimy niejako na swoiste miejsce pustynne, na które wysyłał swoich uczniów Jezus Chrystus. W domu zostawiamy codzienne troski i kłopoty, TV, radio, prasę, zatłoczone autobusy, kolejki, pracę, szkołę, słowem to wszystko, co zagłusza nam głos Boga. Pielgrzymka może nam pomóc wyciszyć się, spojrzeć w głąb siebie, usłyszeć Jego głos. Ale nie jest to takie proste i oczywiste, pomimo starannie przygotowanego programu rekolekcyjnego, pomimo wielu konferencji, wspólnych modlitw i śpiewu. Zwyczajnie dlatego, że między jedną a drugą tajemnicą Różańca świętego myślimy o tym, jak bardzo bolą nas nogi, jak daleko jeszcze do postoju, czy znajdę wygodne miejsce, aby poleżeć i dać wytchnienie obolałym nogom przed kolejnym odcinkiem trasy, czy zjem dzisiaj coś ciepłego, gdzie kupię chleb na kolację, o której godzinie dojdziemy na nocleg, czy będzie gdzie się umyć, ile godzin będziemy spali, o której jutro pobudka. Takie i jeszcze wiele innych podobnych pytań zadajemy sobie podczas drogi. Nie są one niczym nagannym, bowiem ciało ma swoje wymagania. I właśnie naprzeciw tym wszystkim, wydawałoby się prozaicznym potrzebom, wyszli organizatorzy pielgrzymki. Aby pielgrzym nie spał podczas kazania, aby nie myślał o kupnie chleba i o noclegu, a zwłaszcza żeby jego uwagi nie skupiał stale ból nóg i zmęczenie, wymyślono Służby Pielgrzymkowe. Jedną z takich służb są przewodnicy trasy. Pisząc o nich, należałoby krótko opowiedzieć o początkach tej służby. Pierwszym przewodnikiem trasy WAPD był Tadeusz Popończyk. To on opracował trasę naszej pielgrzymki. Połączyła ona Sanktuaria Mazowsza z zapomnianym szlakiem pielgrzymki paulińskiej okresu zaborów i wojen. W latach 1977-1980 kolejno: pieszo, na rowerach, aż wreszcie samochodem kilkakrotnie przemierzył wraz z przyjaciółmi, rodziną i Ks. prałatem Józefem Majem trasę z Warszawy do Częstochowy i odwrotnie. W roku następnym tą trasą poprowadził I WAPD. To on jest również współautorem modelu służb pielgrzymkowych i kanonu zadań przewodnika trasy. Mimo iż przestał już chodzić w naszej pielgrzymce i wrócił do zaprzyjaźnionych "siedemnastek" paulińskich, to jednak nadal jest przyjacielem WAPM. Każdego roku jest z nami 5 sierpnia na Mszy św. w kościele św. Anny rozpoczynającej pielgrzymkę oraz na wyprowadzeniu pielgrzymki do granic Warszawy. W następnych latach godnym jego następcą stał się Jan Haber, przez przyjaciół nazywany Jasiem. W tych latach pielgrzymka bardzo szybko zwiększała swoją liczebność. Powstawały nowe grupy. Jasiu Haber, mając do pomocy trzech przewodników, przez kilka lat prowadził pielgrzymkę liczącą już wtedy 12 grup. Na jego twarzy zawsze gościł promienny uśmiech niezależnie od tego, czy droga wiodła asfaltem, czy w piachu po kostki. W ciągu siedemnastu lat naszego pielgrzymowania nikt tak jak on, idąc na czele pielgrzymki przy krzyżu, nie witał i nie pozdrawiał mieszkańców mijanych wiosek i osiedli. Zwiększenie w kolejnych latach liczby pątników spowodowało konieczność pewnych zmian w służbie przewodników trasy i całej struktury pielgrzymki. Ich autorem był Wojciech Miliszkiewicz. To on dokonał podziału grup na legiony. Podział ten istnieje do dziś. Ułatwia on pracę przewodnikom trasy i wszystkim innym służbom. Okazał się korzystny również dla pielgrzymów, ponieważ dzięki temu udaje się wcześniej dochodzić na noclegi i później opuszczać miejsca odpoczynków i noclegów. Kuba Kaleta, który służbę kierownika trasy pełni od roku 1990, udoskonalił pracę przewodników niemalże do perfekcji. Wprowadził minutowy plan dzienny oraz skoordynował współpracę wszystkich służb pielgrzymkowych. Obecnie, mimo iż WAPM liczy sobie blisko 5 tys. pielgrzymów, przewodników trasy jest minimum 12. Zapewnia to przeprowadzenie tak licznej rzeszy pątników w sposób prawie doskonały. Ale na czym tak właściwie polega ta służba? Każdego dnia wieczorem, kiedy pątnicy umyci już i po kolacji odpoczywają w swoich śpiworach, oni zbierają się, aby omówić miniony dzień. Na którym odcinku szli za wolno, na którym za szybko? Czy nie potrzeba wydłużyć któregoś postoju w przyszłym roku (tak, tak, już wówczas planują następną pielgrzymkę) lub zmienić jego miejsce, może dla całego legionu, a może tylko dla jednej grupy? Omawiają następny dzień, każdy odcinek trasy, każdy postój. Zbierają karteczki, na których w ciągu dnia dokładnie notowali czas wyjścia i wejścia do poszczególnych miejscowości. Możesz spytać, po co to komu. Odpowiedź jest prosta - aby Kierownik Trasy mógł w ciągu najbliższego roku jak najlepiej rozplanować przejście następnej pielgrzymki. Bardzo bowiem bolą nogi, kiedy stoi się na drodze i czeka, aż przejdzie inna grupa lub pielgrzymka. Wówczas minuty są bardzo długie, denerwujemy się, chcielibyśmy iść dalej albo usiąść. Kiedy wszystkie grupy schodzą się na Mszę św., od przyjścia pierwszej do ostatniej musi upłynąć trochę czasu, a przecież ta ostatnia też potrzebuje chwilę odsapnąć i przygotować się do Eucharystii, więc pierwsza musiałaby wychodzić z noclegu jeszcze przed świtem. O to, aby tak nie było, troszczą się przewodnicy trasy. To oni nadają tempo marszu; wskazują miejsce postoju i odpoczynku dla poszczególnych grup; mówią, kiedy należy się zbierać do dalszej drogi; wskazują właściwy kierunek; koordynują zejście się legionów i grup. Czasem może się zdarzyć, że grupa lub cały legion ominie odpoczynek, bo może lepiej jest, zamiast siadać w deszczu na mokrej ziemi pójść dalej i wcześniej dojść na nocleg. Aby wiedzieć, co lepiej, przewodnik trasy musi doskonale znać całą drogę. Musi wiedzieć, jak długie są poszczególne odcinki i jak trudne, czy piach, czy asfalt, ile kilometrów pielgrzymi mają już "w nogach", ile jeszcze przed sobą i ile można z nich jeszcze "wycisnąć". I on to wie, po prostu wie, kiedy można ominąć odpoczynek, a kiedy nie można. Szef przewodników (Kierownik Trasy) zna trasę pielgrzymki lepiej niż własną kieszeń. Co roku w czerwcu lub lipcu robi jej objazd. Może gdzieś wyłożyli drogę asfaltem? Może któryś most jest w remoncie albo jakaś wiejska droga tak rozjeżdżona, iż niewielki deszcz tyle kałuż, że pielgrzymi musieliby iść gęsiego? Także już w trakcie pielgrzymki objeżdża niektóre odcinki i w ostatniej chwili decyduje, którędy grupy pokonają kolejny etap. Każdy przewodnik trasy niesie w ręku radiotelefon. Nie jest to insygnium władzy, ale niezwykle potrzebne urządzenie. Pielgrzymka rozciąga się na trzy kilometry, czasem część odłącza się jako tzw. "zając" i przez pewien odcinek drogi idzie inną trasą (dzięki temu grupy są około 40 min. wcześniej na noclegu), potem znów łączy się z główną pielgrzymką. Pielgrzym, który idzie w grupie, słucha konferencji, modli się, nawet tego nie zauważa. Nie zauważa też, że pielgrzymka rozciągnęła się do 5 km przez maruderów. Spostrzega to dopiero wtedy, gdy stoi i czeka na innych. Radiotelefony pomagają uniknąć takich przestojów, pomagają łączyć i rozdzielać legiony, pomagają równo rozdzielić pielgrzymów przed kościołem, pomagają sprawnie prowadzić tak duże grupy pątników. Tak mniej więcej wygląda służba Przewodników Trasy. Ani mniej, ani więcej ważna od innych, ale na pewno bardzo potrzebna. Jest to po prostu służba pielgrzymom: aby mieli więcej czasu na odpoczynek, aby droga nie była zbyt uciążliwa. A wszystko po to, by mogli odbyć rekolekcje, odnowić swego ducha, odnaleźć Boga w sobie, w braciach i siostrach, przeżyć niepowtarzalne chwile. Służba łączności Można powiedzieć, że jest to jedna z podstawowych służb na pielgrzymce. Bracia z tej służby, z Bratem Darkiem Reymanem na czele dbają o to, by każda grupa mogła w trakcie pątniczego szlaku posługiwać się sprzętem nagłośnieniowym i prowadzić modlitwy, konferencje oraz śpiewy w taki sposób, by każdy to słyszał. A słuchają nie tylko współbracia w grupie, ale też mieszkańcy mijanych przez nas miejscowości i wiosek, uczestnicząc w modlitwie, choćby przez ten krótki czas. Ciężka jest to praca, ponieważ sprzęt potrafi się popsuć, "siadają baterie" i czasami trzeba (i to jeszcze szybko) naprawiać wszystko w trakcie drogi. Jeśli awaria jest poważniejsza, to "druciki" naprawiają w nocy, poświęcając cenne godziny snu, aby rano sprzęt był w jak najlepszym porządku i mógł służyć głoszeniu Dobrej Nowiny. Do ich obowiązków należy też organizacja nagłośnienia Mszy św. Rozstawiają wówczas mikrofony i głośniki, by każdy pątnik mógł bez przeszkód uczestniczyć w Eucharystii. Przygotowania do pielgrzymki bracia z Łączności zaczynają dużo wcześniej, nim pielgrzymka wyruszy. Trzeba bowiem kupić i przygotować odpowiednią liczbę baterii do wzmacniaczy, sprawdzić wszystkie mikrofony i kable, oraz ewentualnie, jeśli coś jest nie tak - naprawić, wymienić lub ulepszyć. Mają wiele pomysłów na różnorakie innowacje. Kiedyś posługiwaliśmy się tubami noszonymi na jednym pasku, mocowanymi na drewnianych drzewcach. Te urządzenia były bardzo ciężkie i niewygodne. Można też było tylko pomarzyć większej liczbie mikrofonów niż jeden. Natomiast obecnie śpiewa się i mówi na głosy, głosząc Chwałę Bożą, a tuby i wzmacniacze, zamocowane na wygodnych stelażach od plecaków, nosi się z przyjemnością, a nie dla pokuty. Służba medyczna Trudno wyobrazić sobie pielgrzymkę bez zaplecza medycznego. A już na pewno trudno wyobrazić sobie bez służby zdrowia WAPM. Co należy do zadań pielgrzymkowej służby medycznej - wie chyba każdy pielgrzym. Jest to służba, która ma po prostu dbać o zdrowie pątników i udzielać wszelkiego rodzaju pomocy medycznej. Aby ta pomoc mogła być sprawnie i skutecznie urzeczywistniana podczas dziesięciu dni marszu, potrzeba zaangażowania wielu ludzi, i to nie tylko na trasie, ale także przez prawie cały rok. Obowiązki szefa służby medycznej WAPM pełni Siostra Marzena Czapczyk. Jest to służba najliczniejsza i najbardziej zmotoryzowana, a złośliwi twierdzą, że brakuje jej tylko helikoptera. Prawda jest jednak taka, że dzięki doskonałej organizacji jest chyba w stanie dotrzeć z pomocą szybciej niż dzieje się to w Warszawie. Początki były bardzo skromne. Jedna "nysa" woziła cały sprzęt i wszystkich, którzy mimo wielkiego hartu ducha nie byli w stanie dojść na nocleg o własnych siłach. Później pojawiły się inne auta. Przez pierwsze lata organizacją pielgrzymkowej medycyny zajmowali się lekarze: Klara Zakrzewska, Małgorzata Wąsowska, Jan Podgórski i Wiesław Kamiński, wówczas jeszcze student AM. Nie było planowych zakupów leków, zresztą w tamtych czasach nie było to nawet możliwe. Każdy, kto miał cokolwiek wspólnego z medycyną, zabierał na trasę to, co zdołał załatwić we własnym zakresie i tak jak mógł, pomagał idącym obok. W miejscowościach noclegowych pojawiało się coś w rodzaju dzisiejszego Centrum Medycznego (wówczas zwane "Sanitariatem"). Był to punkt, do którego schodzili się ci, którzy pomocy potrzebowali i ci, którzy chcieli jej udzielać. Lata 80. to czas, kiedy wszelkie potrzebne na pielgrzymkę leki i środki opatrunkowe były "załatwiane" i "organizowane" przez cały rok. Nie będziemy zdradzać, na jakich to się odbywało zasadach; miejmy nadzieję, że do starych metod nie będzie potrzeby wracać. W 1987 na WAPD pojawiło się małżeństwo lekarzy - Duda i Kali Collie, Polacy mieszkający w Anglii. To dzięki ich pomocy nigdy nie brakowało nam leków. Pomagają nam nie tylko materialnie, ale także przez 10 dni służą swoją wiedzą medyczną pielgrzymom i gospodarzom, którzy nas przyjmują. Nie sposób nie podziękować w tym miejscu kierowniczce pabianickiej apteki, Pani mgr Zofii Kurczewskiej, która była dla nas znakiem Opatrzności Bożej. Dzięki jej życzliwości i pomocy mogliśmy w najtrudniejszym okresie przez kilka lat właśnie w Pabianicach kupować wszystkie potrzebne opatrunki, co w Warszawie było niewykonalne. Jakże banalne są dzisiaj zakupy w hurtowniach, które dostarczają zamówione leki i materiały pod drzwi Kościoła św. Anny! Przygotowanie pielgrzymki od strony medycznej to zaplanowanie wszystkiego tak, aby niczego na trasie nie zabrakło i niczego nie było za dużo, bo nie możemy sobie pozwolić na marnowanie leków. A przecież to nie taka prosta sprawa przewidzieć, ile osób i na co zachoruje. W Warszawie przygotowywane są dla każdej grupy apteczki, skrzynki z wyposażeniem dla punktów grupowych, zestawy dla lekarzy i karetek, wyposażenie Centrum i mnóstwo innych niezbędnych rzeczy. Jest to ogromna praca rozłożona na wiele miesięcy. Wszystko musi być przygotowane tak, żeby później można było nieomal z zamkniętymi oczyma sięgać do walizek po potrzebne leki. Wzrost liczebności pielgrzymki wymusił zmiany w organizacji służby medycznej. Pielgrzymi często nocują w kilku wsiach, dotarcie na obolałych nogach do "Sanitariatu" dla wielu było praktycznie niemożliwe. Od VI WAPD, z inicjatywy dr Klary i farmaceutów: Jurka Radwańskiego i Jarka Filipka nastąpiła zaplanowana decentralizacja. Powstały Grupowe Punkty Medyczne (GPM), które już w Warszawie otrzymują zestaw leków i opatrunków, uzupełniane w miarę potrzeb podczas codziennych wieczornych objazdów. Dzięki temu każdy pielgrzym ma w swojej grupie punkt, w którym może uzyskać podstawową pomoc. Niezależnie od tego działa Centrum Medyczne (CM), do którego zwożeni są "boleje" i "padalce" w ciągu dnia i gdzie cały sztab pielęgniarek i lekarzy próbuje z powrotem postawić ich na nogi. W drodze doraźnej pomocy udzielają pielęgniarki i lekarze idący w grupach. Na końcu pielgrzymki lub na końcu każdego legionu (gdy idą różnymi trasami) znajdują się sanitarki i czasami przejeżdżają wzdłuż kolumny pielgrzymkowej. Każda sanitarka wyposażona jest w CB-radio, co umożliwia stały kontakt z Centrum i przekazywanie informacji, gdzie dane auto jest najbardziej potrzebne. Medycyna działa na pielgrzymce właściwie 24 godziny na dobę. Jest jedyną służbą, która przez całą noc ma włączone radio CB i w razie potrzeby jest gotowa o każdej porze dojechać do potrzebującego pomocy pielgrzyma. Centrum i grupowe punkty działają tak długo, jak jest to potrzebne. Kiedy wieczorny objazd dociera do ostatnich grup, na polach namiotowych od dawna trwa już cisza nocna. Można tylko się cieszyć, że inni mogą wypoczywać. Medycy odpoczną i odeśpią nocne dyżury dopiero w Częstochowie. Chyba właśnie sen jest tym, czego tak bardzo im brakuje. Bywa, że nie ma czasu nawet na jedzenie, ale jest za to dobry duch Centrum, czyli Siostra Albina zwana przez wszystkich po prostu Ciocią, która traktuje wszystkich jak własne dzieci i nie pozwoli paść z głodu. Kiedy ostatnia osoba gasi światło, ona jeszcze krząta się w kuchni; kiedy wszyscy półprzytomni wstają, ona od dawna jest już na nogach i wita nas uśmiechem, gorącą herbatą i stosem kanapek. A jak potrafi ugotować zupę z niczego (i to w tempie, którego mogą pozazdrościć kuchenki mikrofalowe), tego nikt z nas nie jest w stanie pojąć. Praca w Centrum do pewnego stopnia oznacza rezygnację z pielgrzymki w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Medycy nie mogą realizować programu duchowego na trasie, bo dyżurują w karetce albo przez cały dzień w Centrum, nie mogą w pełni uczestniczyć we Mszy św., bo akurat ktoś potrzebuje ich pomocy; nie mogą pójść na Apel, bo właśnie wtedy przychodzi najwięcej obolałych pielgrzymów... Kiedy większość pątników odpoczywa, oni przekłuwają bąble, masują zbolałe nogi, oglądają zaczerwienione gardła. Pomagają jak mogą, żeby każdy mógł dojść na Jasną Górę. Pocieszają tych, którzy niestety muszą wrócić do domu. Są na nogach tak długo, jak długo przychodzą potrzebujący. Czasami zdarza się i tak, że zmęczenie bierze górę nad cierpliwością i jakiś niefrasobliwy pielgrzym może zostać poinformowany zbyt ostrym tonem, że powinien przyjść trochę wcześniej... Dla medyków właśnie służba innym jest pielgrzymowaniem. Każdy, kto zgłasza się do służby medycznej wie, co traci, ale zdaje sobie sprawę także z tego, co zyskuje. "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" Mt 25,40.
Źródło: Praca zbiorowa pod redakcją ks. Zygmunta
Malackiego |
Copyright (C) Salwatorianie - Kraków 2000 |