Apostolaty  |   Duchowość  |   Aktualności  |   Informacje Ogólne  
Piesze Pielgrzymki w Polsce i na świecie
  Baza linków  |  Vademecum Pielgrzyma   |  Książki, artykuły  |  Konferencje |  Różne  | WAPM-Zielona  |

Drugi dzień WAPM
6 sierpnia 1998

Dar mądrości albo o krętej drodze do świętości.

Fragment Pisma św.: Rz 12, 1-13

Ćwiczenie duchowne: Dzisiejszego dnia uczynię rachunek sumienia, na ile przeżywam swoje życie w życzliwości. Postaram się, aby dziś jak najczęściej obdarzać umiechem innych ludzi.

Intencja modlitewna: Módlmy się w intencji tych, których skrzywdziliśmy swoją zazdrością, przewrotnymi myślami, słowami i sądami.

Rozważania poranne
W miłości braterskiej nawzajem bądźcie życzliwi (Rz 12, 10)

1. Rozpocznijmy nasze rozważania od przywołania opowieści "O śladach, które giną", którą znalazłem w tomie ks. Kazimierza Wójtowicza "Opowiastki" (s. 7):

Daleko, gdzie lato trwa cały okrągły rok, leży wiecznie zielony Kraj Trawy... Tam właśnie przed laty w małym domku wśród wysokich traw mieszkał ojciec z dwoma synami: Tambu i Rafiki. Kiedy synowie wyrośli już z dziecinnych lat, ojciec wezwał ich do siebie i powiedział:

- Moi kochani, przyszedł już czas, abyście poznali kraj, w którym żyjecie. Idźcie od wioski do wioski, ale zostawiajcie znaki na drodze, aby kiedyś można było tam powrócić.

Chłopcy wybrali się w drogę jeszcze tego samego dnia. Już po kilku krokach starszy Tambu rozpoczął znakowanie trasy. A to wiązał trawę w supełki, a to wbijał w ziemię ułamane gałązki - i tak przebytą drogę utykał znakami.

Młodszy Rafiki nie robił tymczasem nic. Rozglądał się tylko wokoło i sycił oczy nowymi krajobrazami. Na pytanie oburzonego brata, czemu zgodnie z rozkazem ojca nie stawia żadnych znaków na drodze, odpowiedzaił trochę z przekorą:

- Przecież ojciec nie kazał wcale motać trawy i łamać gałęzi.

Po pewnym czasie dotarli do pierwszej wioski. Trafili akurat na miejscowe święto. (...) Tambu oczywiście zaraz zabrał się do znakowania terenu, a Rafiki poszedł prosto do ludzi. Pozdrowił ich z elegancją i przysiadł się do mężczyzn. Nie czekał na ich pytania, sam zaczął opowiadać: o ojcu, bracie, swojej wiosce, o zwierzętach, które spotkał po drodze, o chmurach i roślinach. Mężczyźni słuchali jak zauroczeni. Tak szybko ujął ich sobie, że przyjęli go jak swojego. Poczęstowali jadłem i piciem, a potem zaprosili na nocleg.

Tambu natomiast zmęczony znakowaniem nie miał siły i ochoty odzywac się do kogokolwiek. Gruchnął się na jakieś posłanie i nie chciał wiedzieć nic o świecie. Kiedy zbudził się rano, Rafiki stał już obok trzymając miskę z jedzeniem: - To dali mi ludzie dla ciebie - powiedział - aby zaspokoił głód. Zjedz i chodźmy dalej! Musimy zobaczyć jeszcze parę wiosek.

I znowu tak samo: on niestrudzenie ustawiał znaki, rafiki szedł do ludzi.

Kiedy po kilku miesiącach wrócili do domu. Tambu opowiedział najpierw o nieposłuszeństwie braciszka: on nie zostawił po sobie żadnego znaku - skarżył się nie bez pochlebstwa.

- Pójdziemy i sprawdzimy - odpowiedział poważnie ojciec.

I wyruszyli w trójkę śladami tamtej pierwszej wyprawy. Przy każdej wbitej gałązce, przy każdej splątanej trawie Tambu nie omieszkał się pochwalić: - Popatrz ojcze, to znowu mój znak... i ten jest mojej roboty, i ten, i ten. A Rafiki - przypominał do znudzenia - nie tknął nawet palcem.

Ojciec w odpowiedzi na to uśmiechnął się tylko i szedł dalej.

Kiedy przyszli do pierwszej wioski, ludzie otoczyli ich kołem. Mężczyźni krzyczeli jeden przez drugiego: - Jakże się cieszymy, że zjawił się znowu ten pogodny młody człowiek, sedecznie witamy w naszych progach. I ugościli ich czym chata bogata. W czasie uczty ojcowską ambicję łechtały niezliczone słowa uznania: - Masz dobrego syna, umie patrzeć na kraj i ludzi, wie dużo o zwierzętach i chmurach, zna się na życiu i historii.

I tak było w każdej wiosce.

W końcu Tambu nie wytrzymał i z wyrzutem zagadnął do ojca:

- Nie rozumiem, dlaczego nikt mnie tutaj nie zna, nikt nie wita, nikt nie poznaje. Wszędzie tylko Rafiki na ustach. Ten, który na swojej drodze nie postawił ani jednego znaku.

Mądry ojciec odpowiedział na to:

- Widzisz dziecko, są także inne znaki niż twoje węzełki na trawie. To są znaki, które człowiek zostawia w sercu drugiego człowieka. Znaki o wiele trwalsze od trawy, którą może już jutro zjedzą zwierzęta lub rozniesie wiatr. Takie właśnie znaki zostawił na swej drodze twój brat.

 

Te znaki to życzliwość. Życzliwość bezinteresowna, niekłamana, prawdziwa, przyjacielska, serdeczna, szczera, widoczna czy wzajemna...

Mark Twain powiedział kiedyś: "Potrafię przeżyć dwa miesiące dzięki jednemu tylko dobremu komplementowi." Ktoś może podejrzewać znanego pisarza o kokieterię, ale jest w tym stwierdzeniu bardzo praktyczna obserwacja - życiowe doświadczenie uczy nas, że człowiek, który zostaje pochwalony, wyraźnie się przeobraża; nie tylko jest radośniejszy, ale także ginie gdzieś jego wewnętrzne napięcie czy przygnębienie.

2. Dwa tysiące lat temu w Jerychu mieszkał zwierzchnik celników, Zacheusz (Łk 19, 1-10). Z racji wykonywanego zawodu pewnie nie miał przyjaciół. Niski wzrost - być może - też był źródłem kompleksów. Gdy się dowiedział, że tajemniczy prorok, niejaki Jezus odwiedzi miasto, postanowił Go zobaczyć. Był sprytny - wspiął się na sykomorę.

Chrystus dostrzegł go, zatrzymał się, przemówił serdecznie i z dobrocią: "Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę zatrzymać się w twoim domu", nie zważając na niechętne komentarze obserwatorów zdarzenia. Zwróćmy uwagę na reakcję Zacheusza: "Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany, a następnie niespodziewanie oświadczył: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, wracam poczwórnie".

Oto, jakie cuda czyni okazana dobroć.

Jest w tej scenie przejrzysta analiza życzliwości. Chrystus staje przed Zacheuszem, ponieważ pragnie jego dobra, chce zaradzić jego iepokojom a może i duchowym cierpieniom spowodowanym stylem życia. Wierzy, że w tym człowieku jest dobro, które nie zawsze ma siłę, by przebić skorupę przyzwyczajeń i słabości.

Życzliwość składa się z najzwyklejszych czy najdrobniejszych słów i gestów. Ale łączy je to, co najistotniejsze - afirmacja drugiego człowieka. Innymi słowy - otwarcie się na drugiego człowieka, na jego wenętrzne bogactwo - mądrość i dobroć.

Życzliwość to wielka szansa zarówno dla obdarowywanego, jak i obdarowującego. O dobrodziejstwach dla tego pierwszego już mówiliśmy. I co do słuszności tych myśli pewnie jest zgoda. Natomiast czasami słyszymy pytanie tych, którym trudno okazać życzliwość: "a co ja z tego będę miał?"

Życzliwość to twoja wielka szansa rozwoju. Ona wyzwala cię ze skorupy obojętności, apatii, bezmyślnego zapatrzenia się w siebie, zarozumialstwa, często zwyczajnej głupoty - słowem jest jak ta lina rzucana tonącemu. Daje ci przyjaźń i poczucie wspólnoty.

To są niewiarygodne owoce zwyczajnej i codziennej dobroci. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mają to szczęście żyć w kochajacej się rodzinie.

Życzliwość to codzienne praktykowanie miłości bliźniego. Zamiast mądrych definicji można po prostu przywołać tekst, który naprawdę odpowiada na wiele pytań i rozwiewa wszelkie wątpliwości:

Miłość cieprliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma (1 Kor 13, 4-7)

3. Wczoraj mówiliśmy, że nie ma cnoty bez praktykowania czynów prowadzących do sprawności moralnej, takiej, która sprawia, że jesteśmy trwale zdolni do czynienia dobra zgodnie z przyjętym systemem wartości.

Podobnie jest z życzliwością. Jak ją praktykować?

Stara bajka indyjska opowiada o psie, który znalazł się w pokoju tysiąca luster. Pies zobaczył nagle całą masę przedstawicieli swego gatunku. Wtedy popadł w szał, szczerzył groźnie zęby, warczał z wściekłości. Wszyskie psy w lustrach czyniły to samo: szczerzyły zęby i warczały. Pies wystraszył się takiego takiego świata i ze skowytem zaczął uciekać. Biegał w kółko tak długo, aż zamęczył się na śmierć.

A przecież wystarczyłoby, żeby choć raz życzliwie zamerdał ogonem. Wszystkie jego lustrzane odbicia odpłaciłyby nu się radosnym obrazem (K. Wójtowicz, "Przypiski" s. 136).

Pamiętam spękane ręce prostej kobiety, która z pośpiechem smarowała kolejne kromki chleba, bo już było słychać śpiew pielgrzymów, a ona bardzo się śpieszyła, by ich serdecznie przyjąć.

Pamiętam też twarze ludzi, którzy nie spali całą noc, bo dom oddali pątnikom zmoczonym przez deszcz. Przez kilkanaście godzin palili w kuchni jak w najsroższą zimę i suszyli kurtki, buty, spodnie...

to jest zwyczajna uczynność... nie ma w niej nic porywającego, tylko gotowość do niesienia pomocy innym.

Słowo życzliwe nic nie kosztuje, a jest przecież najpiękniejszym podarkiem (Daphne du Maurier)... Życzliwe słowa rodzą się tylko w postawie pełnej delikatności wobec innych. Lubimy przebywać z ludźmi, którzy są wrażliwi na to, co przeżywamy - potrafią wysłuchać, zrozumieją nasze rozterki czy wątpliwości, uszanują nawet najbardziej rozszalałe nastroje.

Życzliwość ma jeszcze jedna twarz - uprzejmość. Uprzejmość zawsze i wszędzie. To jest styl i on jest naprawdę naszą wizytówką o wiele istotniejszą i trwalszą niż nawet najelegantsza garderoba. Nasz styl wyraża się w gestach, mimice, stroju, kulturze słowa, tonacji głosu... Niby w drobiazgach, ale jednoznacznie nas określających.

Raz jeszcze powtórzę myśl, która w naszych rozważaniach jest najważniejsza - człowiek wiary w cnocie widzi szanse swego dążenia ku świętości i jest świadom, że bez wartości są wszelkie szlachetne intencje i deklaracje, jeśli przykazania miłości bliźniego nie przełożymy na konkret, czyli na język codziennych drobnych decyzji, które zawsze wynikaja z naszych myśli i uczuć.

Praktykowanie życzliwości to żmudna praca nad przekształcaniem swoich myśli o innym człowieku, a tym samym - stosunku do niego i w konsekwencji - czynów.

4. Niestety, lenistwo duchowe często prowadzi di zazdrości, ciężkij choroby naszego ducha.

Zazdrość to przeżywanie wielkiego smutku, gdy widać dobro bliźniego, jego zalety i cnoty. Towarzyszy jej zawiść - pragnienie, aby zniszczyć jego, materialne czy duchowe, bogactwo.

Jaka jest moja reakcja na człowieka, który potrafi coś zrobić lepiej niż ja? Który jest bardziej uprzejmy niż ja? Szlachetniejszy niż ja? Mądrzejszy niż ja? Jakże często taka osoba wywołuje w nas nerwowe reakcje, co próbujemy ukryć naiwnym i banalnym stwierdzenienm: nie wiem, dlaczego go (jej) nie lubię. Równocześnie szukamy w niej jakiejś postaci zła, które zrównoważyłoby to dobro. Oto "zabijamy" bliźniego, redukując go do zła. Czynimy to, bo się smucimy, że on jest dobry, miły, mądry... Uświadom sobie tę makabryczną groteskę - smutek, bo obok jest czyjeś dobro. Ta ludzka małość przeraża. Ta małość jest odrażająca.

Przypomnijmy sobie początek opowieści Bolesława Prusa o zdolnym i zaradnym kupcu. Otóż "Lalka" rozpoczyna się znamienną sceną - w renomowanej jadłodajni trzech warszawskich mieszczan debatuje nad "wariactwami" Wokulskiego, ponieważ jest on i przedsiębiorczy, i pracowity, i odnosi sukcesy. Sami tracą czas na puste rozmowy, natomiast jemu zarzucają szaleństwo z powodu cech, jakie powinien mieć każdy handlowiec czy producent czegokolwiek. Kiedy śledzimy dalsze losy bohatera wyraźnie dostrzegamy, że zazdrość i zawiść innych duchowo go zniszczyła.

Przypomniana scena ukazuje mechanizm zawiści. Jest to moralny szantaż - jeśli odnosisz sukcesy, jeżeli wybiłeś się ponad innych, to powinieneś czuć się winny i się bać. Może prowadzić nawet do okrutnego działania - niszczenia dóbr innych.

Nie wiem, czy zazdrość to przede wszystkim cecha Polaków, ale on właśnie rodzi to, co zwykliśmy nazywać "polskim piekiełkiem". Niejednokrotnie potrafimy utrącić czyjąś inicjatywę, pomysłowość, uczciwość czy dobroć właśnie w imię przewrotnej zazdrości. Z jakąś wyjątkową pasją pilnujemy, by nikt wśród nas nie był lepszy, mądrzejszy czy szlachetniejszy. W sobie pielęgnujemy ułomności, a innych staramy się skutecznie obronić od nieprzeciętności.

Tymczasem dobro innego człowieka powinno nas wyrywać z marazmu i apatii oraz skłaniać do pokonywania samych siebie.

5. Biblia ostrzega, że zazdrość i zawiść potrafią zniszczyć człowieka tak bardzo, że będzie zdolny do ciężkich grzechów, nawet do zbrodni.

Pierwszy taki obraz znajdujemy już na początku Biblii: Abel był pasterzem trzód, a kain uprawiał rolę. Gdy po niejakim czasie Kain składał dla Pana w ofierze płody roli, zaś Abel również składał pierwociny ze swej trzody i z ich tłuszczu, Pan wejrzał na Abla i jego ofiarę; na kaina zaś i jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina i chodził z ponurą twarzą. Pan zapytał Kaina: "Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować".

Rzekł Kain do Abla, brata swego: "Chodźmy na pole". A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go. Wtedy Bóg zapytał Kaina: "Gdzie jest brat twój Abel?" On odpowiedział: "Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?" Rzekł Bóg: "Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi" (Rdz 4, 2-10).

Biblijna powieść przedstawia swoisty rodzaj dramatu ciągnący się przez pokolenia. Zamiast miłości i jedności - zazdrość prowadząca do zawiści i nienawiści. Kainowy grzech zazdrości tkwi w jakimś stopniu w każdym z nas. Początek tej tragedii to upadek aniołów i rozpoczęcie działania szatana, który przepełniony jest nienawiścią do Boga i człowieka, prowadząc nas do śmierci wiecznej: A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą (Mdr 2, 24).

O tym odwiecznym dramacie człowieka pisze św. Paweł: Niegdyś bowiem i my byliśmy nierozumni, oporni, błądzący, służyliśmy różnym żądzom i rozkoszom, żyjąc w złości i zawiści, godni obrzydzenia, pełni nienawiści jedni ku drugim (Tt 3, 3).

Tym, który nas wyzwala z zazdrosci i nienawiści jest Jezus Chrystus nasz Zbawiciel, który sam doświadczył zazdrości i nienawiści od swoich rodaków: gdy się więc zebrali, spytał ich Piłat: "Którego chcecie, żebym wam uwolnił, Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem?" Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali (Mt 27, 17). Wtedy ujawnia się nienawiść do Syna Bożego, sprawiedliwego i przynoszącego zbawienie światu, co zostało już wcześniej zapowiedziane: Was świat nie może nienawidzić, ale Mnie nienawidzi, bo Ja o inm świadczę, że złe są jego uczynki (J 7, 7). Jezus doświadcza nienawiści za dobro, które świadczy innym, za miłość którą objawia; przedziwna jest perfidia świata i tych, co są ze świata.

Ta nienawiść rozciągnie się także na uczniów Chrystusa: Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was miłował jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, dlatego świat was nienawidzi (J 15, 18).

6. Wczoraj powiedzieliśmy, że gdy zaczniemy naprawdę czynić dobro, to - w sposób nawet nie dość świadomy - maleć w nas będą skłonności ku złu.

Gdy zaczniemy kształtować w sobie życzliwość, to zmieni się - między innymi - charakter naszych codziennych rozmów. Będzie w nich o wiele mniej plotek i ploteczek, w których - pozornie niewinnych - kryje się obmowa, a nawet oszczerstwa.

Zróbmy rachunek sumienia z tego, jak wykorzystujemy dar języka. Najpierw przypatrzmy się naszym zwyczajnym rozmowom. Często są one najzwyklejszym plotkowaniem. Nierzadko bezmyślnym i lekceważącym godność drugiego człowieka. Nasze słowa często nazywają tylko zło, które jest w bliźnich. Z zapamiętaniem, a nawet z przyjemnością opowiadamy o słabościach i ułomościach innych. W ten sposób nejednokrotnie dopuszczamy się grzechu obmowy. Niszczymy naszego brata, bo "redukujemy go do zła" - swoimi słowami wcale nie chcemy mu pomóc być lepszym.

Po drugie, przeanalizujmy także nasze myśli o innych. Niekiedy publiczne wypowiadanie się skłania jednak do pewnej powściągliwości. Ale już często bez powśiciągliwości myślimy o innych. Wydaje nam się, że myśli są tylko dla nas. I pozwalamy im, by stawały się wyrazem nieuporządkowanych pragnień. Zgadzamy się na to, by nasze wnętrze stało się doskonałą, bo niezawodną "wylęgarnią" zazdrosci i zawiści.

Rachunek sumienia, który przeprowadziliśmy, niejednego z nas przekona o tym, że że nasze słowa i myśli tak często nazywają zło tylko w innych, pomijając dobro. Dlatego Psalmista woła, świadom grzechów języka:

Postaw Panie straż moim ustom i warte przy bramie warg moich. Mojego serca nie skłaniaj do złego słowa (Ps 141, 3-4).

Ponieważ tak często grzech języka jest zewnętrznym wyrazem zazdrości czy zawiści, rozpoczynajmy kształtowanie w sobie cnoty życzliwości poprzez zdecydowaną pracę nad swoją wolą i umysłem. Starajmy się zmienić charakter naszych codziennych rozmów. Kontrolujmy spontaniczne wypowiedzi, które niejednokrotnie przypominają bezmyślny potok słów i jakże często ranią innych.

Starajmy się także inaczej myśleć o bliźnich. Szukajmy w nich zalet i głośno mówmy (szczerze!) komplementy czy wyrażajmy pochwały. W ten sposób nie tylko zaczniemy budować w sobie cnotę, ale również zyskamy zaufanie i przyjaźń innych. Niewątpliwie beziemy doświadczać coraz więcej serdeczności, odwzajemniając się tym samym.

I jeszcze jeda bardzo praktyczna rada - przed azdroscią broni to, że w czymś jesteśmy naprawdę dobrzy. Fachowość w jakiejś dziedzinie sprawia, że znamy cenę prawdziwego sukcesu a ponadto szanujemy samych siebie. Mądrość wyraża się w tym, że wiemy o swoich zaletach i umiejętnościach, ale jednocześnie jesteśmy świadomi własnych ograniczeń. Taka postawa wobec samego siebie ochroni przed zawiścią.

Masz wybór. Zazdrość czy życzliwość? To jest twój wybór.

 

Źródło: Ks. Zygmunt Malacki "Żyć w Duchu Świętym"; Warszawa 1998

poprzednia strona

następna strona

Copyright (C) Salwatorianie - Kraków 2000